Przygoda, podróże i… „Kaczor Donald”

Jak ten czas leci! Przypomniało mi o tym pudełko znalezione wśród chomikowanych na strychu komiksów, starych książek i wszelkiego rodzaju szpargałów. I to nie byle jakie pudełko, bo jedno z tych, które dało początek mojej planszówkowej przygodzie, kiedy to byłem dumnym posiadaczem karty fanklubu „Kaczora Donalda” od wydawnictwa Egmont, dziś już dobrze znanego planszówkowiczom.

 

Zawsze  czekałem niecierpliwie na kolejne numery tego komiksu, ale najbardziej chyba właśnie na gry, które często były do niego dodatkiem. Znalezione pudełko zawierało różne, mniej lub bardziej kompletne dodatki do „Kaczora Donalda” z lat 90. ubiegłego wieku. O matko, jak to zabrzmiało! Wtedy „Kaczor Donald” był jeszcze tygodnikiem. Znalazłem m.in. serię „Przygoda, podróże”. Dziś te gry mają już prawie 20 lat!

Podróże w nieznane

Gry zamknięte były w jednym pudełku, skrywającym zestaw kompletnych czterech tytułów: „W labiryntach piramidy”, „Świątynia Azteków”, „Posągi Wyspy Wielkanocnej” i „W poszukiwaniu Atlantydy”. To były moje pierwsze przygodowe planszówki. Radości z nowej gry, czasu spędzonego nad rozpracowaniem tych tytułów i niezliczonymi rozgrywkami jakie odbyliśmy (wtedy jeszcze głównie z kuzynostwem), nie da się niczym zastąpić. Chodziliśmy przecież po nieznanych korytarzach piramid, negocjowaliśmy z Indianami, zdobywaliśmy trofea, dokonywaliśmy niesamowitych odkryć, a nieraz wpadaliśmy w beznadziejne pułapki. Musiało jednak być naprawdę fajnie, bo po tylu latach nadal ciągnie mnie do gier planszowych. A i partyjki w „Piramidę” nadal bym nie odmówił. A co!

Dziś wymagania, nawet tych najmłodszych graczy, znacznie wzrosły. Komiksy z tekturowymi grami nie są już tak atrakcyjne dla młodego odbiorcy. Zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę to, jak wiele „planszówkowych dobrodziejstw” można spotkać choćby na półkach w supermarketach, o profesjonalnych sklepach z mnóstwem gier planszowych już nie wspominając. A to, że obecnie planszomania jest kosztownym, a nawet bardzo kosztownym hobby, już w tym miejscu pozwolę sobie „przemilczeć”. To już zupełnie inna historia…

Było tego więcej

Zestaw „Przygoda, podróże” to tylko jedna z wielu planszówek i karcianek, jakie można było wówczas zdobyć kupując „Kaczora Donalda”. Prawdziwą furorę robiła w naszej „paczce” gra „Zbuduj swój Kaczogród”. Wymienialiśmy się z kumplem powtórkami kart, prawie jak w „medżiku”. Jakiś zestaw z „Kaczogrodu” też się jeszcze zachował. Były i „Kosmiczne misje”, w których podróżowało się w przestrzeni kosmicznej rakietami i wyposażało je w ładownie i lasery, zatrudniało informatyków, lingwistów, zwiadowców. Wszystko po to, by zdobywać cenne trofea, które pozwoliły nam wypełnić powierzone zadania i wygrać grę. Wciąż jestem dumnym posiadaczem tej „kosmicznej” karcianki z prawie 20-letnim stażem. Patrząc na nią i na obecnie wydawane gry planszowe można stwierdzić, że kosmos i jego eksplorowanie było, jest i będzie popularne. Choć dziś trend skręcił bardziej w kierunku samego Marsa.

Dla detektywów, matematyków i sportowców

„Kaczor Donald” z tamtych czasów to też sporo innych gier planszowych i karcianych – nawet takich detektywistycznych czy matematycznych. Nie raz i nie dwa na szkolnych czy rodzinnych wycieczkach korzystaliśmy z „Zestawów gier do plecaka”, czyli kieszonkowych wydań mniej lub bardziej klasycznych gier planszowych.

W jednym z numerów była nawet „Olimpiada w Kaczogrodzie” – zestaw prostych gier sportowych, wykorzystujących głównie różne plansze i kostki. Niby to proste, niby losowe, a tyle frajdy dawało podczas rywalizacji ze znajomymi w podnoszeniu ciężarów, pływaniu czy skoku o tyczce. A może ktoś z Was ma w swoich zbiorach jeszcze jakieś „Kaczory” i gry z tamtych wydań? Też byliście „kaczkofanami”? Choć przyznacie, że dziś to określenie brzmi co najmniej dwuznacznie.

Było, minęło…

Obecnie jest tak wiele różnych, pięknie wydanych gier, że karcianki czy planszówki z „Kaczora” pewnie nie znalazły by tylu entuzjastów, co w latach 90. ubiegłego stulecia. Choć nie wiem, czy w najnowszych numerach tego komiksu można jeszcze znaleźć podobne gry, to wiem jedno – wówczas mieć taką planszówkę to było naprawdę coś niesamowitego!

Gry z „Kaczora” są czymś, co zawsze będzie przypominało mi o tym, jak dobrze się bawiłem będąc dzieciakiem i o tym, że grając w te tekturowe planszówki z pewnością nie zmarnowałem swojego dzieciństwa. Dziś jestem tylko „troszkę” starszy, ale jedno się nie zmieniło – nadal poświęcam planszówkom i karciankom sporo chwil, wolnych od pracy i codziennych obowiązków. Dziś dzielimy zainteresowanie wspólnie z żoną. Bawimy się przy planszy równie dobrze, jak lata temu i nie mam nic przeciwko, aby tak już pozostało. Grając przy okazji spędzamy wspólnie czas nad planszą, żartując, śmiejąc się, licytując, ściągając, rywalizując, ale też współpracując. Zależy od tego, co wyciągniemy na stół. Niczym „planszówkowe zombiaki” staramy też się zarażać graniem w planszówki rodzinę i znajomych. Oboje wiemy, że czas spędzony razem w ten sposób z pewnością nie jest czasem straconym.

Udostępnij na:

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *